Zachęcamy do dyskusji
Samotność w dzisiejszych czasach jest nie tylko doświadczeniem, ale bardziej diagnozą. Zastanawiam się, co jest przyczyną, że żyjąc wśród ludzi czujemy się samotni. Nie mówię tu o samotności wynikającej z braku rodziny, ale o samotności serca, o samotności duszy. Każdy z nas kroczy wyznaczoną mu przez los drogą, ale zupełnie nie zauważa, co znajduje się na poboczach tej drogi. Rzadko zastanawiamy się nad życiem, potrzebami innych ludzi, coraz rzadziej spotykamy długotrwałe przyjaźnie, pędzimy samotnie przed siebie, a przecież gdzieś obok żyją ludzie. Wszyscy staramy się zaspokoić swoje materialne potrzeby, a nie umiemy się cieszyć z duchowych doznań.
A jeśli już takowych doświadczamy, nie mamy się z kim podzielić, czy to radosnym, czy też przykrym doznaniem. Wiem, że każdy z nas patrzy innymi oczyma na poszczególne problemy, ale nie mogę pogodzić się z tym, że ze wszystkich prawie oczu wyziera samotność i absolutny brak wiary na poprawę losu. Jest to samotność dziecka, dla którego rodzice nie mają czasu, samotność starych rodziców, o których dzieci często zapominają, jest też samotność rodziny, która z powodu własnego egoizmu i braku tolerancji wyzbyła się znajomych i przyjaciół. I jest w końcu samotność najgorsza ze wszystkich, najbardziej bolesna:
„Samotność w martwym małżeństwie".
CO mają robić ludzie, którzy są ofiarami tej okrutnej samotności? Kiedy już wszystko zostało powiedziane, a to, co wiąże dwoje ludzi to dzieci, wspólny dorobek i przyzwyczajenia? Nie ma już przyjaźni, miłość ulotniła się gdzieś bezpowrotnie a na jej miejsce wkroczyła nuda, brak zrozumienia, „nadawanie na różnych falach". Zauważa się wstyd przed okazywaniem uczuć, a chłód wdziera się w sposób niekontrolowany. Para małżeńska żyje w uczuciowym uśpieniu. Taką parę budzi na chwilę ogromna radość lub dramat, później znowu zasypia. Ale jak byłoby dobrze, kiedy ze zrozumieniem, szacunkiem, uwagą i tolerancją słuchalibyśmy partnera, wiedząc, iż możemy się z nim podzielić swoimi myślami, przeżyciami i marzeniami, że nie będziemy wyśmiani, a nasze wyznania i doświadczenia nie będą bronią skierowaną przeciwko nam samym w niesprzyjających okolicznościach. Wtedy, bowiem coś się kończy, a człowiek staje się nieszczęśliwy i samotny. Nie może odejść ze związku, by nie unieszczęśliwić dzieci, bo więzy natury bytowej, rodzinnej i religijnej trzymają go w ryzach. Strach przed „nowym" też ma niemałe znaczenie. Zostać w związku trudno, bo samotność pogłębia się z godziny na godzinę i nic nie przynosi nam osobistej, intymnej radości. Radości bycia razem. Brak płaszczyzny porozumienia z osobą niegdyś bliską kładzie się cieniem na życie. I tak biegnie dzień za dniem monotonnie, nudno i smutno. Bezcenne chwile szczęścia już nigdy nie powrócą, zostają bezpowrotnie stracone.
Jaką więc przyjąć postawę w „martwym małżeństwie"?
- postawę ofiary wołającą o litość, proszącą o miłość?
- postawę Syzyfa, którego nadzieją jest wtłoczenie kamienia
miłości i usadzenie go na zawsze w związku?
- postawę palacza, który sam, wierząc w nadzieję odrodzenia
dmucha w domowe ognisko?
- czy też postawę wojownika usiłującego walką zdobyć należną
mu miłość, szacunek i oddanie?
Zdaję sobie sprawę, że nie potrafimy znaleźć cudownego eliksiru, który mógłby na nowo ożywić nasze serca i aby małżeństwa obudziły się z letargu.
Jak sądzicie Państwo, czy jest sposób na wygnanie samotności z „martwego małżeństwa"?
Komentarze użytkowników
Aby dodać własny komentarz, musisz się zalogować »