Polecam kryminał Joe Alexa
Zastanawiam się, patrząc na nakład 150 000 egzemplarzy i na trzy wznowienia „Gdzie przykazań brak dziesięciu” Joe Alexa, z roku 1979 wydane przez Wydawnictwo Literackie w Krakowie, gdzie podziały się te tysięczne pozycje i ich czytelnicy. Jednak takie nakłady książek były faktem. O tym, w roku 2012, mogą pomarzyć i wydawcy, i pisarze. Trzydzieści lat to epoka; w rozumieniu dzisiejszego nastolatka to epoka napoleońska.
Zastanawiał się nad tym fenomenem i Joe Alex, który do tej formy swojej twórczości miał, mówiąc kolokwialnie, lekki stosunek. Wzdychał wówczas, że skoro czytelnicy nie biorą do ręki ambitniejszej literatury, poza właśnie kryminałami, to wydawcy zamawiają u niego kolejne przygody z Joe Alexem. Trzeba szczerze powiedzieć, są one perfekcyjnie skrojone, widzi się bohatera i czuje się klimat wsi angielskiej. No cóż, autor był w połowie anglikiem i władał tym językiem równie dobrze jak ojczystym.
Joe Alex pojawia się już na początku pierwszego zdania powieści, „Był przesądny i zawsze umieszczał w pierwszym zdaniu każdej ze swych książek własne nazwisko…” potem mamy kilka rozważań na temat trudów pracy literackiej, które wtedy (przed internetem) były ciekawą wskazówką dla początkujących pisarzy. Nie inaczej jest w kryminale „Gdzie przykazań brak dziesięciu”, tu mamy zapaść twórczą, znaną każdej osobie parającej się piórem. Ucieczką od pracy jest wyjazd na wieś do generała Johna Somerville’a, wuja Karoliny Beacon. Następnie poznajemy historię posążka Buddy i czekamy, czekamy na morderstwo. Pojawia się ono dopiero w połowie powieści. Przetrzymał nas autor wystawiając na cierpliwość. Ale właśnie powinniśmy już wiedzieć, kto jest mordercą, chociaż nie, ilość faktów, fałszywych tropów zaciera „drogę do prawdy”, a im ich więcej, tym lepiej mówi Joe Alex. Proszę się nie obawiać, nie opowiem treści, jest to jedyny gatunek literacki, przy którym omawianie zagadki niszczy aurę tajemniczości.
Pisarz Joe Alex, czyli Maciej Słomczyński, chciał być zapamiętany z czegoś innego, i tej pracy poświęcił 11 lat życia, przeważnie nocy, bo tylko wtedy pracował, palił ulubioną fajkę i analizował każde tłumaczone zdanie z „Ulissesa” Jamesa Joyca. A jest ono tak samo trudne, jak stworzenie dobrej fabuły kryminalnej. Kto choć raz ją otworzył i przeczytał kilkadziesiąt stron, przekonał się że jest to zupełnie inna książka od dotąd poznanych.
Maciej Słomczyński wspominał, że kiedy postawił ostatnią kropkę, zastanawiał się nad dwiema sprawami; co teraz będzie robił i kto wyda mu tę dziwną, chociaż owianą sławą na zachodzie powieść. Opisywał swoje ogromne zdumienie, gdy dowiedział się że „Ulisses” w jego tłumaczeniu rozszedł się błyskawicznie i potrzebny był dodruk.
Pana Macieja Słomczyńskiego poznałem w roku 1995. Rok wcześniej Wydział Filologiczny Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie otworzył kierunek Studium Literacko- Artystyczne. Pierwsza w Polsce Szkoła Pisarzy była projektem i programem autorskim pani Gabrieli Matuszek. Oczywiście nikt nie nauczy pisarza pisać, jest to praca samotna, człowiek siedzi zamknięty w czterech ścianach nad pustą kartką papieru (dziś komputerem) ze swoim myślami. O tym uczciwie nas uprzedzano. Miały te spotkania, na które jeździłem dwa razy w miesiącu na drugi kraniec Polski, inny cel. Program obejmował warsztaty poetyckie, prozatorskie, dramaturgiczne i pisania scenariuszy oraz wykłady z zakresu literatury, filmu, teatru i prawa autorskiego.
Punktem stałym były warsztaty z Maciejem Słomczyńskim, który mieszkał w Krakowie. Był już wtedy starszym schorowanym panem, któremu z pewnością zakłócaliśmy rytm dnia, ale chętnie dzielił się ogromną wiedzą. Ironią i dystansem do swojej osoby łamał wiekowy mur między nami. Rozmowy kończyły się zawsze opowieścią o „Ulissesie”; jedenastoletnia praca odcisnęła się trwale na jego życiu, ale dzięki temu mogliśmy odkryć tajemnice tkwiące w Joyce’a. Niekiedy pracowaliśmy nad konkretnym materiałem, zaproszeni do jego domu. Z szacunku dla mistrza nikt nie pojawiał się przed południem. Powiedzenie, że „łatwiej książkę napisać, niż niektórym ją przeczytać” nabierało odmiennego sensu, gdy widziało się jego bibliotekę. Taka biblioteka to marzenie, każdego pisarza. Jednakże potęga dorobku brała się z jednej myśli, którą powtarzał nieskończenie nasz nauczyciel; pisarz codziennie musi zapisać przynajmniej jedną stronę.
Oczywiście zadziwienie o fenomenie poczytności Joe Alexa należy brać za kokieterię pisarza, pisał je z bardzo pragmatycznej przyczyny; przynosiły mu one upragniony finansowy spokój i dlatego mógł się poświęcić tłumaczeniom, między innymi „Raju utraconego” Johna Miltona, „Przygodzie Piotrusia Pana” Jamesa Matthew Barrie, „Troilusa i Criseydy” Geoffreya Chaucera, czy całego Williama Szekspira. Był jedynym na świecie, który przetłumaczył wszystkie dzieła dramaturga ze Stratfordu.
Ze spokojnym sumieniem mogę Państwu polecić kryminały Joe Alexa z Joe Alexem w roli głównej wznawiane często przez wydawnictwa, natomiast Szekspira i „Ulissesa” należy szukać ze świecą w antykwariatach. Proszę tylko nie spalić ostatnich białych kruków.
Pamięci Joe Alexa - Robert Bogusłowicz
Komentarze użytkowników
Na razie brak komentarzy na ten temat...Aby dodać własny komentarz, musisz się zalogować »